„Scrum Masterowi wyjdzie dopiero w 3-cim zespole.” – usłyszałam w podcaście „Porządny Agile”. Uderzyło mnie, że 2 pierwsze zespoły nie będą scrum-masterowane dobrze i to jest OK – tego się ludzie (a przynajmniej eksperci) spodziewają. Dają sobie prawo do niepowodzenia. A co z analitykami? Czy czasem nie oczekujemy od siebie, że od razu będziemy świetni i zrobimy wspaniałą analizę? Czy my sobie dajemy prawo do tego, że nie wszystko nam się uda? Tobie nie wychodzi? Mi też nie wychodzi. I o tym będzie ten wpis.

Dostaję od Was co jakiś czas wiadomości z wyrazami uznania i wdzięczności :) Bardzo jest mi miło i dziękuję za te gesty. Nic tak nie motywuje do pracy, jak informacja, że ona komuś w czymś pomaga. Inspirujecie się, przekwalifikowujecie, znajdujecie swoją drogę zawodową, zdobywacie podwyżkę, pracę. Cieszę się, jestem wzruszona i jestem z Was dumna (bo to Wasza praca, do której może znaleźliście u mnie inspirację). Dziś dostałam słowa „Jesteś dla mnie niedoścignionym wzorem”. „Hehe” – myślę sobie – „To przeczytaj ten artykuł” ;P

Ten wpis dedykuję Tobie, jeśli rozpiera Cię ambicja, a widzisz ciągle zbyt wiele swoich niedociągnięć. Może masz w głowie obraz świetnej analizy, do którego nie jest łatwo doskoczyć? Może frustruje Cię obecny stan, bo Cię nie doceniają, nie dają szansy? A może wydaje Ci się, że wszystkim wokoło się udaje, tylko Ty jesteś w tyle? Otóż, nie – nie tylko Ty.

Każdemu się coś nie udaje

Pewnie nie wiesz, że kiedyś zwolnili mnie z pracy. Kiedyś zdegradowali mnie na niższe stanowisko. Kiedyś przerwali mi umowę szkoleniową. Kiedyś spędziłam wiele miesięcy w pracy, która mnie już nie rozwijała, bo było mi trudno odejść.

Ja tu tylko piszę i nagrywam :) Może ktoś sobie wytworzył obraz, że świetnie mi idzie, skoro coś tam piszę o tym, że powinno się dobrze analizować. Często piszę o tym, jak powinno być, bo mnie coś zaciekawi, zainspiruję, sama to postrzegam jako stan, do którego warto dążyć. Faktem jest, że zdobyłam wiele doświadczeń, które są dla mnie ważne, z których się cieszę i z których Ty też możesz korzystać przez tego bloga. Poza tym mam mnóstwo problemów, niedociągnięć, wad. Jak to niegdyś mój kolega walnął hit „Moją największą wadą jest to, że nie potrafię robić deserów” :D Chciałabym mieć tylko takie.

Tworzymy czasem na temat niektórych ludzi wyobrażenia, które nie są w pełni zgodne z prawdą, a raczej – biorą pod uwagę tylko te powierzchowne obrazki. Do części, której nie znamy dopowiadamy sobie kolejne pasma sukcesów i szczęścia. Zdarza się to z ludźmi „z Internetu”, którymi się inspirujemy i widzimy ich w najlepszej odsłonie. Bywa tak z obrazkami szczęśliwych rodzin na facebooku, zdjęć w pełnym gronie z radosnymi uśmiechami, udanymi wakacjami i sukcesami. W końcu bywa tak nawet z naszymi znajomymi, kolegami, których widujemy na co dzień, ale nie mamy dość odwagi, by te relacje pogłębić. Czasem wydaje nam się, że koledzy są weseli, uśmiechnięci, na pewno mają poukładane w życiu i w głowie, a tylko my jesteśmy tymi, którym się nie udaje. Zaskakujące jest to, że oni czasem myślą to samo o nas.

Swego czasu zrobiłam małe „badanie”. Zapytałam kilkoro przyjaciół i znajomych, o których byłam przekonana, że wiodą wspaniałe życie, które stawiałam sobie za wzór. Wydawali mi się spełnieni. Zapytałam ich, czy są szczęśliwi. Pierwszy raz tak prosto z mostu. I co się okazało? Każda z tych osób – każda! – podała trudności, jakie spotykają je w życiu. Niektóre były kalibru małego, ale zdarzały się też średnie czy grube problemy. Nie spodziewałam się tego. A przecież to osoby, które znam dobrze od tylu lat! Pomyślałam, że to nieuniknione, żeby mieć problemy (ha! a to odkrycie ;). Ważny jest jednak ogólny stan życia i sposób, w jaki na nie patrzymy, jak je rozumiemy i jak do niego podchodzimy.

Zaczynamy karierę

Czy zaczynałam jako Senior Analityk Biznesowy? No, raczej nie ;) Zanim mnie zatrudnili w jednej firmie musiałam najpierw wytłumaczyć co taki analityk w sumie robi, w czym ja im mogę pomóc. W innej na początku klepałam dokumentację, bo wymagały tego przetargi. Nie raz nie widziałam klienta na oczy w projekcie, więc nie było mowy o potwierdzaniu wymagań czy określaniu wartości biznesowej. Wiele rzeczy było nie tak. A mnie frustrowało zderzenie rzeczywistości z wiedzą ze studiów „jak być powinno”. Ludzie „praktyki” twierdzili, że to uczelniane dyrdymały, jednak coś mi nie dawało spokoju – „To czemu w takim razie mają te problemy?”.

Chłonęłam wiedzę ze studiów, z książek, Internetu, ze spotkań branżowych (często dla kierowników projektów, bo analitycznych spotkań prawie nie było). Tylko w pracy nie było jak wielu z tych rzeczy zastosować. Kto inny decydował. Byłam silnie przekonana, że analiza to słuszna droga i próbowałam wpływać na sposób pracy, przekonywać kierowników, zmieniać warunki wokół siebie, żeby było lepiej mnie, zespołowi, klientowi. Robiłam to jednak nieudolnie, nieskutecznie. W niektórych miejscach, a w zasadzie większości, nie udawało się tak, jak bym chciała. Dochodziło się do jakiegoś etapu, a potem napotykałam ścianę władzy i był koniec dalszych dyskusji.

Czasem miałam wolną rękę do działania, ale nie było widać wystarczających efektów. Nie umiałam ich dowieźć. Czasem wiedziałam, co powinnam zrobić, ale się to nie udawało. Zapominałam o czymś ważnym, popełniałam błędy, miałam za mało inicjatywy czy wytrwałości. A czasem brakło doświadczenia.

W pierwszych latach pracy usłyszałam kilka razy, że jestem za młoda („Cóż, z wiekiem będzie coraz lepiej” – myślałam) a kiedyś nawet, że za ładna. Całe szczęście dziś wychodzą już zmarszczki, więc idzie na lepsze :P Stresowałam się i próbowałam robić dobre wrażenie, więc dodawałam sobie poważnym ubiorem i zachowaniem. To czasem nie dawało dobrych efektów :)

Pamiętam scenę, kiedy właśnie próbowałam wyjść na poważnego analityka, choć słoma z butów wychodziła :D Byliśmy w delegacji na ważnych spotkaniach w dużym banku. W mieszkaniu służbowym były łóżka, ale śpiwory woziło się swoje. Miałam nadzieję, że skitramy je gdzieś w samochodzie, ale wyszło tak, że weszliśmy z bagażami na bankowe salony. Nie było mnie stać na elegancki pakunek, więc wparowałam w żakiecie, na obcasach i z wielkim, żenującym, babcinym śpiworem. Ekipa z banku pytała czy jadę dziś na kemping :P Potem dorobiłam się normalnej walizki i żenujące sceny się skończyły :) A przynajmniej te z powodu śpiworu :P

Nie wiem co Ty robisz w tej firmie

„Ja nie wiem czym Ty się w zasadzie zajmujesz” – usłyszałam to w życiu wiele razy. Pół biedy, kiedy pyta ktoś z rodziny czy spoza branży. Gorzej, kiedy to ktoś z IT, a jeszcze gorzej – ktoś, kto teoretycznie pracuje z Tobą ;) I kolejne pół biedy, kiedy to pytanie życzliwe, a zdarzają się też złośliwe.

Nasza praca jest abstrakcyjna. To jest fakt. Dotykamy nienamacalnego oprogramowania, które trudno sobie wyobrazić (pokaż matce swój algorytm). A jeszcze z tego całego grona specjalistów IT my mamy pracę najbardziej abstrakcyjną – polegającą na tworzeniu modeli tej abstrakcyjnej rzeczywistości. Abstrakcja na abstrakcji. A kiedy wychodzisz z projektu, stajesz się analitykiem tworzącym np. dobre praktyki związane z wymaganiami w firmie, to wchodzisz jeszcze jeden poziom wyżej, a więc jesteś już 3 poziomy w oderwaniu od tego, co człowiek może zobaczyć gołym okiem :) (o ile ten soft ma interfejs).

Gdybyśmy kopali rowy, to życie byłoby proste. Jaki jest rów – każdy widzi. Został wykopany, praca zrobiona. Nikt by się nie czepiał, że nie ma efektów Twojej pracy :) Ale, cóż. Wybraliśmy sobie inną drogę. Jeszcze jakiś czas temu można było swoje istnienie uzasadnić wyprodukowaną liczbą stron w dokumencie. Teraz nawet to nam odebrano, skoro działające oprogramowanie ponad dokumentacją ;)

Pewnego razu byłam już tak sfrustrowana, że dosłownie musiałam rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady :) Innym razem (a w sumie w 2 firmach) skorzystałam z pomocy coacha, żeby pomóc sobie w określeniu celów i efektów pracy. Raz padł pamiętny dialog:

H:- Nie dowożę efektów.

C:- A czy Ty wiesz, czego dokładnie od Ciebie oczekują?

H:- No, w sumie nie wiem :P

Za drugim razem czułam się pod ścianą, bo kiedy managerowie uprawiają management 3.0, to nie są już tak chętni w narzucaniu Ci celów. Sprawa była trudniejsza. Weszłam na coaching z pustą głową, a wyszłam z kilkoma kartkami A4 zapisanymi moimi(!) pomysłami na to, co mogę zrobić, żeby poprawić swoją sytuację, kogo prosić o wsparcie, jak samemu poszukać odpowiedzi.

Jak sobie radzić?

Co mi pomaga radzić sobie z przytykami w stylu „a co Ty w sumie tu robisz”? Pomogło mi swego czasu stwierdzenie, że ktoś (przełożony) mnie tu zatrudnia, trzyma przez wiele miesięcy i płaci (czasem nawet więcej niż osobie zadającej pytanie o sens mojego istnienia w tej firmie), więc widocznie widzi taką potrzebę.

Potrzebuję czasem coś usłyszeć od innych – że to im pomaga, że coś im się przydaje, że jest OK. Z pomocą przyszło zdanie: „Możesz sama to ocenić.”. Nie twierdzę, że nie warto pytać innych i uwzględniać ich zdania – wręcz przeciwnie. Mówię, że nie jesteśmy całkowicie zdani na zdanie innych w ocenie sytuacji. Po czym możesz poznać, że Twoja robota daje efekty? Widzisz, że ktoś przychodzi do Ciebie po pomoc, radę, wsparcie. Widocznie uznaje, że jesteś osobą, która może mu w czymś pomóc, bo masz jakąś wiedzę, umiejętności, podejście, z którego on chciałby skorzystać. Obserwuj, o co Cię pyta, a będziesz wiedzieć, jaką wartość wnosisz. Ale nawet, jeśli nie przychodzi – możesz obserwować efekty w firmie.

Kiedyś podsumowywaliśmy pracę z zespołem. Nie byłam zadowolona z efektów. Oczekiwałam, że już powinny być widoczne. Kolega z wieloletnim stażem w tej firmie otrzeźwił nas: „Słuchajcie, tutaj takie zmiany to robili latami. Wszystko się propaguje miesiącami, to wielka firma, a Wy chcecie tak już zaraz”. Trzeba wziąć pod uwagę realia.

Czasem oceniam siebie surowo, ale potem rozglądam się wokół. Myślę: „Kurczę, zobacz – większość ludzi, z którymi teraz pracujesz jest jakieś 10 lat od Ciebie starsza. Tyle już za nimi, tyle jeszcze przed Tobą, a oczekujesz tych samych efektów.”.

Dołuje mnie czasem niezadowolenie kierowników czy narzekanie pracowników. Coś tam marudzą i odbieram to, że nie daję rady (oraz dopowiadam sobie, że oni mnie źle oceniają i oni by pewnie dali radę). Ale potem myślę… „No, halo. Gdyby kierownictwo miało gotową receptę, to Ciebie by tu nie było. Po prostu. A gdyby Ci pracownicy tak dobrze wiedzieli, co działa, a co nie działa i równie łatwo jak krytykowanie szło by im działanie, to nie mieliby tych problemów i też by Cię tu nie było”.

Sami sobie odpowiedzmy

To nie tak, że jestem święcie przekonana o swojej zajebistości. Wręcz przeciwnie. Targają mną nieustannie wątpliwości, czy robię coś właściwie, czy wystarczająco dobrze. Czasem odpowiedź brzmi: „Nie, nie jestem tu potrzebna”. Może było tego więcej, ale osiadły mi w głowie 2 osoby na przestrzeni tych 9 lat pracy, którym naprawdę nie miałam wiele do zaoferowania. Michał i Krzychu :) Oboje byli bardzo dobrymi programistami z głową na karku, bardzo ogarnięci, komunikatywni. Wiedziałam, że to, nad czym w tym momencie z nimi pracuję, oni sami zrobią szybciej i może nawet lepiej pod swoje potrzeby. Zresztą, nie omieszkali mi tego powiedzieć :P I mieli rację.

Zupełnie inaczej odbiera się uwagi innych, kiedy sami najpierw przemyślimy sprawę i dowiemy się, co sami o sobie myślimy.

Co Ty o sobie myślisz? Myślisz, że nie dajesz z siebie wszystkiego? Nie znasz dość dobrze angielskiego? Nie ogarniasz maili? Nie znasz dziedziny? Kiedy sam odpowiesz sobie na te pytania, to uwagi innych nie będą tak bolały. Stwierdzisz, że się z nimi zgadzasz. Ale tym razem będą to Twoje świadome myśli, a nie wiercące dziurę w brzuchu przytyki wrednej osoby.

I wtedy masz wybór – albo zakasujesz rękawy i pracujesz nad swoimi niedociągnięciami, bo są dla Ciebie ważne i potrzebne, albo uznajesz, że nie są – odpuszczasz sobie i śmiejesz się z tego.

Pośmiejmy się z siebie

W jednym z projektów trafiłam do zespołu, który miał bardzo duży dystans do… wszystkiego :) Naśmiewali się z projektu, swoich starych i siebie nawzajem. To, co było w Tobie wkurzające, Twoje przywary, które starałeś się ukryć, wywalili przy wszystkich na stół w kuchni. Było to w pewien sposób wyzwalające :) Spotkałam się dotychczas z tym, że ktoś miał problem ze mną i go skwapliwie omawiał za moimi plecami, ale nie z tym, że mówi się wprost, że coś robię wkurzającego i to jeszcze w zabawnej formie. Można było pośmiać się z siebie. Śmialiśmy się np. z tego, że analitycy nie robią nic wartościowego. Sama zaczęłam z tego żartować, że idę pościemniać, że pracuję, więc już nikt nie był w stanie dowalić bardziej :P Okazało się też, że nie jestem najlepszym tematem do żartów, bo dostawało się każdemu po równo, a niektóre tematy były nawet bardziej wdzięczne, np. kolega programista nie mogący ogarnąć, że co to, do cholery, za praca w IT jak coaching. Co prawda zdarzało się przegięcie i kilka razy coś zabolało różne osoby. Jednak uważam śmiech za dobry lek, tylko trzeba ostrożnie z dawkowaniem :), żeby kogoś nie tłuc we wrażliwy punkt, który boli.

Otaczajmy się ludźmi

Nie wiem czy podobnymi, czy różnymi, bo wszyscy są ważni :) Dobry zespół to ogromna wartość. I niezwykle cenne jest mieć przy sobie osoby, które mają talenty właśnie tam, gdzie Ty masz wady. Można się wtedy uzupełniać i żadne zadanie nie będzie ponad Wasze połączone moce. Z drugiej strony fajnie mieć kogoś, kto jest stuknięty tak samo jak Ty, nakręcacie się nawzajem, śmiejecie z tych samych rzeczy. Ludzie to skarb. Szlifujmy diamenty, które się wyłonią, kiedy zbudujemy relacje. Szukajmy perełek.

Nie jesteśmy zwycięzcami

Nie musisz być takim, któremu się wszystko udaje. Nie wiem czy komukolwiek się wszystko udaje :) Mnie na pewno nie. Osobom, które znam dobrze – też nie. Co do tych, których uważamy na ekspertów – są ludzie, którym pomagają i tacy, którzy nie widzą w tym wartości. Tak to po prostu jest. I o kimkolwiek teraz myślisz, że na pewno życie idzie mu jak z płatka – zweryfikuj to, zanim w to uwierzysz :)

Zabrzmi to banalnie, ale porażki mogą być dobrą rzeczą. Kryzys to rozwój. I teraz będzie frazes z rozwoju osobistego :D, który jednak do mnie przemawia. „Jeśli robisz wszystko dobrze i jest Ci w tym wygodnie, to znaczy, że rozwijasz się za wolno”. Nie wyszedłeś poza strefę komfortu :)

Zobaczyłam to wyraźnie po najgorszym okresie, czyli po tym jak zdegradowano mnie na niższe stanowisko, a wcześniej jeszcze zwolniono z pracy. Nic z tego nie było przyjemne. I mocno podkopało poczucie wartości. Jednak ten kop zdziałał coś jeszcze. Stwierdziłam, że nie chcę być zależna od decyzji, jaką na mój temat podejmie jakiś obcy człowiek. Postanowiłam, że będę niezależna od pracy na etacie, zdobędę inne źródło utrzymania. I tak powstał Kurs Adeptów Analizy :)

Jeśli czemuś zawdzięczam to, gdzie teraz jestem, to w dużej mierze skakaniu na głębszą wodę. To dlatego, że mam upośledzone widzenie zagrożeń. Wierzę, że się uda. Patrzę w tę lepszą wersję przyszłości (przynajmniej, jeśli chodzi o pracę). To nie tak, że się nie boję. Boję się, ale robię. Zmieniam pracę, ubiegam się o wyższe stanowisko, o podwyżkę, wydaję kurs, zakładam firmę, wrzucam nagranie na YouTube. Boję się, że popełnię błąd, ktoś mnie odrzuci, coś nie uda się, ktoś zhejtuje. Boję się, ale robię.

Ale nie twierdzę, że każdy musi wychodzić poza strefę komfortu. Jeśli Ci dobrze, to… dobrze :)

Pogódźmy się z tym, kim jesteśmy (i kim nie jesteśmy)

Nie ma idealnego analityka – sztywnej ramy, w którą musi wpasować się każdy i nie wystawać ani na centymetr. Kiedy patrzę na analityków, których cenię najbardziej, z którymi pracuję, to widzę jak bardzo różni jesteśmy, jak inne mamy sposoby myślenia, działania. A jednak dochodzimy do jakichś efektów – każdy swoją, zupełnie inną drogą. Mimo to, spotykamy się we wspólnym miejscu.

Fajnym narzędziem jest test talentów Gallupa. Już na nim widzę, porównując ze znajomymi – jak bardzo różne mamy talenty, a często dochodzimy do podobnych rzeczy innymi drogami. Fascynujące :) Robiłam ten test już 3 razy na przestrzeni 6 lat. Wiele się zmieniało w życiu i 2 talenty się różniły, ale 3 pozostały takie same: Learner, Futuristic, Focus. Nie mam talentu analizy :)

Dobrze wychodzi mi pisanie, praca w skupieniu, skrupulatne działania, uczenie się nowych rzeczy, podejmowanie inicjatywy, osiąganie celów, praca z ludźmi, ponoć inspirowanie innych i pewnie coś tam jeszcze. Jestem kiepska, jeśli chodzi o ogarnianie maili, czytanie i odpisywanie na bieżąco, działanie w kilku wątkach. Trudno mi podejmować szybko decyzje, kiedy nie mam informacji. Nie dociągam powtarzalnych, administracyjnych zadań. Często rządzą mną emocje. Denerwują mnie chaotyczne spotkania i nie zawsze mam cierpliwość gadać o dupie marynie, kiedy mamy konkretne zadania do zamknięcia. Nie oglądam telewizji, nie czytam wiadomości i nie znam sławnych ludzi, o ile nie są analitykami :P Nie licząc zaległości w życiu prywatnym, kiedy to ja jestem pod wrażeniem, kiedy pisze do mnie matka 3 dzieci ucząca się analizy :)

Po czym poznać, że jesteś na dobrej drodze?

Znakiem, że jesteś na dobrej drodze, nie jest to, że Ci się wszystko udaje. Jeśli tak masz, to gratuluję :) Ja tak nie mam. Co chwilę pojawiają się problemy, trudności, wątpliwości. Ale też co jakiś czas pojawia się znak, że dobrze, że robisz to, co robisz. To może być słowo uznania od kogoś (dobrze, kiedy dowiadujesz się o tym wcześniej niż na pożegnaniu odchodząc z pracy). To może być Twoje poczucie, że robisz rzeczy, które są potrzebne, pomagają innym – nawet, jeśli nie dociera to do Ciebie non-stop albo nie jest wyrażane słownie, ale widzisz, że kupują, płacą, oddają otrzymają wartość. To może być poczucie, że cieszysz się drogą. Łapiesz się na tym, że jest Ci przyjemnie pisać, analizować, pracować z tymi ludźmi, osiągać takie efekty, brać udział w takim projekcie.

Także tego, uszy do góry :) Każdy ma czasem pod górę i wiatr go smaga po twarzy. Mam nadzieję, że teraz będzie Ci raźniej :)

Hania Tomaszewska
8 lat temu odkryłam, że analiza biznesowa to genialna rzecz. Od tamtej chwili zbieram doświadczenia w różnych firmach, branżach i projektach. Pracuję na etacie, prowadzę bloga, tworzę kursy, prowadzę szkolenia i konsultacje. Pomagam analitykom doskonalić warsztat pracy i rozwijać się, managerom układać procesy i rozwijać pracowników oraz przedsiębiorcom, aby rozwiązania IT wspierały ich działalność.

6 KOMENTARZE

  1. Wszystkie moje największe dylematy zebrane w jeden artykuł :) Dziękuję, dla taka żółtodzioba jak ja to naprawdę nieocenione wsparcie!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ