„Jak myślisz, jaki jest teraz największy problem w projektach IT?”. Odpowiedziałam bez wahania. „To, że robimy rzeczy niewłaściwe. Może nawet doskonale zrealizujemy projekt, dodamy ficzer o zaawansowaniu technologicznym budzącym dreszcze, ale on nie odpowiada na potrzebę, nie rozwiązuje problemu. Ale tak skupiamy się na wydaniu czegokolwiek, że nawet tego nie widzimy.”.

Nie widzimy tego patrząc na projekt w kategoriach: „wdrożyć system”, „zrobić, co nam szef kazał”, „żeby przyszedł przelew”. Skoro „cel” spełniony, to czemu niby jest źle?

***

W wielu projektach nie spina się uzasadnienie biznesowe. Znaczy to, że koszty jego realizacji są większe niż korzyści. Jak to możliwe? Skoro firmę stać na te działania, to chyba się opłacają, co nie? Niekoniecznie.

Pieniądze mogą pochodzić z dobrze działających produktów czy usług. Firma trafiła z czymś w rynek. To coś generuje pieniądze. Jest tak zwaną „dojną krową” z dobrą marżą, wieloma klientami. Mamy „nadmiar” pieniędzy, które lokujemy w przedsięwzięciach. Niestety wiele z nich to nieprzemyślane marnotrawstwo. Są też kredyty i inwestorzy.

To, że stać Cię na kupon totka, bo dostałeś wypłatę, albo budkę z hot dogami na lokalne festyny, bo miałeś oszczędności życia, to nie znaczy jeszcze, że będzie to opłacalna inwestycja. Nawet, jeśli zostaną Ci w kieszeni jakieś pieniądze i będziesz żyć dalej.

***

Działania, które spinają się finansowo również mogą być bez sensu. Dlaczego? Bo nie generują trwałej przewagi konkurencyjnej. Co z tego, że firma robi zlecenia czy usługi, które nie pasują do strategii rozwoju (o ile taka jest)?

Co z tego, że poszedłeś dorobić na boku i zarobiłeś pieniądze wynagradzające Twój czas, kiedy tak naprawdę chcesz rozwijać się w czymś innym? Wpisanie tego w CV nie posunie Cię do przodu. 

Co z tego, że sprzedałeś w byle jakim projekcie swoje tzw. „dupo-krzesło-godziny”, jeśli z chwilą zakończenia tego działania nie pozostaje Ci nic więcej niż wynagrodzenie, które zaraz skonsumują wydatki?

***

Wszystko OK, kiedy podejmujesz świadomą decyzję. Robię teraz działanie, które szybko wygeneruje mi zysk do inwestycji w coś, co już spina się z moimi celami. Rezygnuję z czegoś na rzecz czegoś innego. 

Nie mylić ze świadomymi i skalkulowanymi inwestycjami, działaniami R&D czy weryfikowaniem hipotez na rynku.

Czy jednak tak właśnie jest?

Często nie mamy jasności po co robimy daną rzecz, w jaki sposób ma ona nas przybliżyć do realizacji celów, albo nawet nie wiemy do czego chcemy dążyć. Jeśli nie wiemy dokąd chcemy dojść, to rzeczywiście nie ma znaczenia co będziemy robić.

Wiele firm działa w ten sposób. Wielu ludzi nie potrzebuje jakiegoś poczucia sensu czy myśli przewodniej stojącej za działaniami. „Skup się na projekcie”, „Robimy projekt, żeby mieć pracę”. Co z tego, że zrobiłeś super projekt, kiedy on do niczego nie prowadzi? Ani Ciebie ani Twoją firmę. Opłacisz rachunki i w kolejnym miesiącu zaczniesz zmagania od nowa. Jak Syzyf z podnóża góry. Zamiast podziwiać widoki na szczycie i zacząć wdrapywać się na kolejny. 

***

Kulą w płot.

W IT spotyka się wielu pasjonatów. Ludzie są zafascynowani technologiami, możliwościami, twórczą siłą tworzenia systemów IT zmieniających świat. Często jednak tak bardzo chcemy „zrobić system”, że tracimy z oczu co ma on dać naszemu klientowi czy naszej firmie. Nie widzimy, że rozwiązanie nie odpowiada na potrzebę. 

Wielu odpowiada jednak: „Mnie to nie interesuje. To Product Owner powinien wiedzieć. Ja robię to, co mi powie PO, analityk, UX, manager, CEO, itp.”. 

A czy my wiemy? Często staramy się. Ale nie zawsze wiemy. Czemu? Z różnych powodów. Brakuje nam umiejętności, doświadczenia, technik, świadomości rynku, znajomości firmy, czasem jasnych celów i strategii z góry.

Czasem staramy się, ale w złożoności gubimy zależności. Nie widzimy jak działanie mojego zespołu, działu, organizacji wpływa na resztę firmy. Nie myślimy systemowo. Nie potrafimy określić powiązań, nie widzimy zależności i jakie będą konsekwencje działania w jednym miejscu na cały układ firmy.

Do tego dokładamy kult „wydania na produkcję”. System wydany, praca zrobiona, sukces, szampan i do domu. A co z rozwiązaniem problemu? Co z potrzebą, która miała zostać zaspokojona? To już nie nasze zmartwienie. A czasem po prostu tego nie widzimy, bo miernik sukcesu przykładamy do „wydania”, a nie do „osiągnięcia celu biznesowego”. Mamy złudne poczucie sukcesu.

***

Wiesz jaka jest największa bolączka w pracy Product Managerów? Olga z Product Vision robi w ramach doktoratu badania na ten temat. Słysząc 2 pierwsze pozycje z listy największych problemów, uśmiechnęłam się. 1. „Definiowanie prawdziwej wartości, jakiej potrzebuje klient”. 2. „Strategia i priorytety szybko się zmieniają”. 

W mojej ocenie, często pojawiające się uwagi o szybko zmieniających się priorytetach czy celach świadczą o niezrozumieniu czy braku dalekosiężnego celu. Wiadomo, może być tak, że klient zmienia zdanie, pojawia się sytuacja, do której trzeba się dostosować – są rzeczy, na które trzeba zareagować. I jednocześnie – cele długoterminowe wcale nie zmieniają się co chwilę.

Jeśli wiesz, że chcesz być analitykiem, zbudować dom za miastem, wypracować możliwość pracy zdalnej, żeby zamieszkać na Seszelach, itp. to nie zmieniasz zdania co 5 minut jak tylko dostaniesz nową informację. 

Są informacje, które mogą wpływać na cele długoterminowe (pandemia, nowy trend na rynku, przepis prawny), jednak one nie pojawiają się co 5 minut. To kwestia tygodni, miesięcy, czasem lat. I nie zawsze taka zmiana powoduje zmianę kierunku o 180 stopni. Czasem przesuną się w czasie, czasem zmodyfikują drogę dojścia do celu. Ale na pewno nie zmieniają działań z lewa na prawą co 5 minut w każdym tygodniu. 

Jeśli tak jest, to zastanowiłabym się, czy masz dobrze określoną strategię do określania bliższych priorytetów i czy masz ogólny mechanizm zmiany strategii w reakcji na zmiany otoczenia. Czy masz systemowy sposób wdrażania zmian kierunków w firmie, a nie działasz na zasadzie pożarów i dzikich komend „dzisiaj jednak biegajcie z taczkami w lewo”.

Zmiany w otoczeniu trzeba brać pod uwagę, monitorować, adaptować się. Jednak, jeśli kierunek zmienia się co chwilę, to znaczy, że albo nie wiesz dokąd dążysz, albo Twoje cele są zbyt niskopoziomowe.

***

Wiesz, co stoi na przeszkodzie analitykom do większego zaangażowania w pracę? Nie zgadniesz. W badaniu zarobków i kompetencji analityków 2018 wyszło, że najbardziej brakuje nam jasnych celów i określonej strategii.

Bez tego nie możemy dobrze wykonywać swojej pracy. Bez tego nie możemy pomagać firmie osiągać większej wartości. Bez tego możemy spocić się i namęczyć tworząc najlepsze na świecie analizy. Ale co z tego, jeśli one wpierają projekt, który prowadzi donikąd albo wszystko jedno dokąd? Można zajść daleko, ale w złą stronę.

Dlatego właśnie chciałam zostać strategicznym analitykiem biznesowym. Robiłam coraz lepsze analizy w projektach, które czasem nie miały głębszego znaczenia. Czasem nawet byłyby nieopłacalne dla firmy. Kiedyś w projekcie podliczyłam koszty i zestawiłam z korzyściami. Developer stwierdził, że bardziej opłacałoby się firmie kupić za to mieszkanie na wynajem.

Zamiast wznosić absurdalne lamenty „ta firma nie wie czego chce” (analogicznie do „klient nie wie, czego chce”), chciałam coś z tym zrobić. Taka moja rola, żeby pomóc im się dowiedzieć. Określić potrzebę. I zarekomendować działania, które dadzą wartość interesariuszom. Jako strategiczny analityk biznesowy pomagasz to robić – określać kierunki, rekomendować rozwiązania w postaci np. sensownych projektów i wspierać realizację.

Marzy mi się, żeby generowanie trwałej wartości biznesowej było prawdziwą misją wszystkich analityków. I żeby umieli to robić. Marzą mi się firmy działające z sensem. Dające analitykom (i wszystkim pracownikom) więcej niż tylko wypłatę.

3 thoughts to “Większość naszej pracy jest bez sensu

  • Harnaś

    Pewien inżynier, którego spotkałem stwierdził, że większość ludzi to idioci. Staram się wyzbyć takiego podejścia do ludzi… ale rozwinąłbym to, że menadżerowie też są ludźmi, zatem nie oczekujmy racjonalnych decyzji i logiki od każdego 😉
    W idealnym świecie każdemu powinno zależeć na osiągnięciu celu firmy.
    W realnym świecie projekty są realizowane, bo:
    1. Ktoś chce zdobyć doświadczenie, wpisać sobie w CV w jakim to wspaniałym projektcie brał udział.
    2. Dostanie łapówkę od dostawcy, albo szwagier dostanie zatrudnienie u dostawcy, itp.
    3. Jest problem do rozwiązania i trzeba już natychmiast coś robić, a jest „jakiś” pomysł i nie ma czasu na myślenie, „zrobione jest lepsze od idealnego”, itp.
    4. Decydent żyje w swoim alternatywnym świecie i otacza się gronem miernych, ale wiernych.
    itd.

    Odpowiedz
  • Marek Bisztyga

    Cześć.
    Niestety, brak „traceability” między motywacją biznesową, celem i metodą działania a rezultatem – bo to chyba jest przedmiotem Twojego artykułu, o ile poprawnie zrozumiałęm intencje – wynika częściej z braku znajomości – a co za tym idzie i braku stosowania – zasad prawidłowego formułowania decyzji, niźli ze złej woli. Trudno oczekiwać pozytywnego rezultatu działania (jakkolwiek będziemy to mierzyć), jeśli decyzja je wyzwalająca była błędna, bo w błędny sposób była podejmowana. Cudów ni ma. Oczywiście popieram szczytne hasło „Róbmy rzeczy właściwe!”, ale nie zapominajmy, by przy okazji robić je właściwie. Wtedy może samo z siebie „to” wyjdzie?

    Odpowiedz
  • Piotr

    W punkt. Każdy projekt jest powoływany w jakimś celu. Tylko te cele nie zawsze są oczywiste, lub ogólnie znane. Punkty 2 i 3 to też konkretne cele, ale oficjalne muszą być inne 🙂

    Odpowiedz

Leave a comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *